Pan nic nie płaci, my nic nie robimy

Nieruchomości | 4/2022
Moduł: nieruchomości
DOI: 10.32027/NIER.22.4.11
Lidia Kośnik

Wśród krążących w środowisku pośredników w obrocie nieruchomościami żartów ten zapadł mi ostatnio w pamięć:

Jaką macie promocyjną ofertę dla mnie?

Szanowny Panie, mamy mega promocję! Pan nic nie płaci, my nic nie robimy!


Kochamy promocje, rabaty, gratisy, prezenty itp. Taka nasza ludzka natura, a często dochodzą do tego zwyczaje kulturowe i zakorzenione tradycje, gdzie bez targowania się nie kupuje, gdzie przebieg negocjacji powinien odpowiadać przyjętym zasadom niepisanym, ale utrwalonym i stosowanym.


W Polsce spotykamy różne modele i podejścia. W obszarze pośrednictwa w obrocie nieruchomościami klient ma do wyboru wiele opcji możliwej współpracy z agentem. Może wybrać taki model, który według niego najlepiej mu odpowiada. Z moich obserwacji i przeprowadzonych wielu rozmów i spotkań z klientami wynika, że ludzie mają różne potrzeby i różne postrzeganie pracy agenta. Na rynku agenci dwoją się i troją, aby dostarczyć klientom te oczekiwane „gratisy” i można spotkać przeróżne rozwiązania:
1) zlecasz nam pracę, ale nic nie płacisz. Zapłaci kupujący – genialne, prawda? Niech ktoś inny zapłaci za wykonaną dla nas pracę; 2) zlecasz nam pracę, zapłacisz tylko połowę wynagrodzenia – ale tu już nie zawsze w parze idzie druga informacja, że tę drugą połowę też zapłacisz, tylko w inny sposób; 3) zapłacisz tylko symboliczną opłatę, ale… – w tego rodzaju promocjach zazwyczaj nie bardzo wiadomo, za co płacimy tę symboliczna złotówkę, nawet jak przeczytamy zapis o tym mówiący, ale jak nie doczytamy w tej maczkiem pisanej umowie punktu o jej rozwiązaniu, to wówczas możemy już zapłacić i to niekoniecznie symbolicznie.

Patrząc z punktu widzenia ekonomicznej zasadności prowadzenia biznesów, to są one, co do zasady, nastawione na zysk. Chyba że prowadzimy fundację, wtedy sprawa wygląda zupełnie inaczej. Jeśli natomiast celem przedsiębiorcy jest osiągniecie zysku, a swoją pracę sprzedaje on po kosztach lub poniżej nich, to wcześniej czy później taki biznes skazany będzie na zamknięcie. A my Polacy mamy skłonność do błyskawicznego wręcz robienia specjalizacji niemal w każdej dziedzinie życia: w leczeniu się, tworzeniu przepisów prawa, czy zostawania w jeden sezon mistrzem olimpijskim. Po co nam specjaliści, kiedy my wszystko możemy sami. Spotykam klientów, którzy dopiero po wielu samodzielnych próbach decydują się na skorzystanie z pomocy eksperta w jakiejś dziedzinie. Prawnicy często podają tu przykład ze swojego podwórka, że gdyby klienci zapłacili im za przygotowanie lub weryfikację umowy przed jej podpisaniem, to oszczędziliby sobie późniejszych ogromnych kosztów na procesy sądowe i odszkodowania. Bo kiedy klient przychodzi po pomoc do specjalisty? Kiedy pali się tak, że nie ma za bardzo czego już gasić. Niestety w takich krytycznych sytuacjach pozostaje już tylko dogaszanie płonących problemów, a nie ich prostowanie i ratowanie.
Żartem zaczęłam, to i żartem skończę: „Przychodzi agent nieruchomości do lekarza i lekarz zadaje mu pytania, stawia diagnozę, po czym wypisuje receptę i informuje, że wizyta i porada kosztuje 300 zł. Przy wyjściu pacjentki z gabinetu, Pan doktor zapytuje:
– A czym się Pani zajmuje? – Jestem agentką nieruchomości, odpowiada pacjentka. – A to świetnie się składa, bo właśnie chciałbym sprzedać dom po rodzicach.
Wizyta przedłuża się o kolejne kilkanaście minut, podczas których lekarz zadaje pytania, otrzymując na nie profesjonalne odpowiedzi. Gdy skończył pacjentka-agentka z uśmiechem na twarzy zwraca się do lekarza:
– Należy się 300 zł.
Oburzony lekarz na to:
– Ale jak to? Przecież ja zadałem tylko kilka pytań”.